
Znam ten dzień od podszewki. Budzik wcześniej niż zwykle. Lista na lodówce albo w telefonie: wieńce, znicze, zapałki, termos, kto prowadzi, kto zabiera babcię, kto w tym roku znowu „nie da rady”. Ty dasz. Zawsze dajesz.
Pierwszy listopada to w Polsce święto pamięci. Dla wielu kobiet to także najbardziej logistyczny dzień w roku. Nikt tego nie mówi głośno, bo nie wypada. Więc powiem ja. Tu i tak nikt mnie nie zaprasza na rodzinny obiad.
Fasada: dyżur nawet u zmarłych
Wiesz, ile kosztuje wieniec i gdzie są tańsze znicze. Wiesz, która ciotka obrazi się, jeśli nie wpadniecie na kawę. Wiesz, kto stał przy grobie w zeszłym roku, a kto tylko udawał, że szuka miejsca do parkowania.
Nawet dziś, nawet tam, pełnisz dyżur. Ustawiasz, poprawiasz, ścierasz liście z kamienia. Robisz to pięknie. Z czułością, której nie powstydziłaby się żadna kochanka.
I tu jest pierwsze ukłucie. Ta czułość, z jaką myjesz cudzy kamień, jest większa niż wszystko, czego twoja skóra doświadczyła w tym roku. Zastanów się nad tym chwilę. Ja poczekam. Mam czas, moja lista jest krótka.
Mechanizm: pamięć zamiast obecności
Dbanie o pamięć jest bezpieczne. Zmarli nie odpowiadają. Nie oceniają, nie chcą więcej, nie pytają, jak się naprawdę czujesz. Przy nich możesz być dobra bez ryzyka. Możesz kochać bez obawy, że ktoś tę miłość odrzuci.
Z żywymi jest gorzej. Żywi patrzą. Albo, co gorsze, nie patrzą. Więc wybierasz to, co znasz: obowiązek, porządek, rytuał. Dzień, w którym wszyscy idą na cmentarz, jest idealnym alibi. Nikt nie zapyta, czego ty chcesz. Dziś wszyscy myślą o tych, których już nie ma.
Tylko że ty też myślisz o kimś, kogo już nie ma. Nie o babci. Nie o wujku. O dziewczynie, którą byłaś dwadzieścia lat temu. Tej, która tańczyła do rana w butach na cienkich paskach, które do dziś leżą na dnie szafy. Tej, która śmiała się za głośno i nie przepraszała. Nikt nie zapala za nią znicza. Ty też nie. Pewnie dlatego, że to byłoby przyznanie, że ją pochowałaś.
Cena: żywa i nieużywana
Ile z was stało dziś nad zniczem i myślało nie o zmarłych, tylko o sobie? Żywej. I nieużywanej. Nie odpowiadaj. Wiem.
To brzmi ostro, więc powiem dokładnie, o co mi chodzi. Nie o łóżko. O to, że twoje ciało, twoja ciekawość, twój śmiech, twoja odwaga leżą odłożone jak odświętny serwis, który wyciąga się raz w roku. Może. Jeśli przyjdą goście. Goście nie przychodzą.
Cena jest prosta i okrutna: oddajesz czas, czułość i uwagę wszystkim, którzy jej nie potrzebują albo już nie mogą jej przyjąć. Dla żywej ciebie zostaje zmęczenie i czerwone od zimna dłonie, które ocierasz o płaszcz, jakby należały do kogoś innego.
Nie będę ci radził, żebyś zapaliła znicz za siebie. To byłoby tanie i zrobiłabyś z tego kolejne zadanie na liście. Powiem tylko tyle: żałoba po samej sobie jest jedyną żałobą, którą można przerwać. Zmarłych nie wskrzesisz. Siebie, owszem. Jak, wiesz sama. Zawsze wiedziałaś.
Jeśli to brzmi znajomo, przeczytaj też, co pisałem kilka dni temu o kobietach, które zostają „dla spokoju”: Zostajesz dla dzieci? One już dawno wiedzą.
Wyznanie na koniec
Ja dziś też odwiedziłem kogoś bliskiego. Siebie sprzed lat. Miał więcej włosów, mniej rozumu i zdecydowanie więcej odwagi. Nie poznał mnie. Trudno. Ja jego też ledwo.
Stałem potem chwilę przy starym murze, w deszczu, i pomyślałem, że najwięcej ludzi pochowaliśmy w sobie. Za wcześnie. Bez ceremonii. Bez znicza.
Więc pytam cię jednym słowem, wieczorem, kiedy lista będzie już odhaczona: za kim w sobie tęsknisz najbardziej?
Krótszą wersję tej rozmowy znajdziesz dziś wieczorem na moim kanale YouTube Anatomy of Silence. Tam mówię wolniej. I bliżej.
Jeśli te słowa zostały w tobie dłużej, niż powinny, możesz postawić mi kawę. Cisza też ma swoją cenę.
Jeśli ten dzień jest dla ciebie trudny bardziej, niż da się unieść samej: telefon zaufania 116 123, Centrum Wsparcia 800 70 2222, w zagrożeniu 112.
